Jakiś mądry tytuł, z łacińska brzmiący albo coś…

W wieczornej ciszy rozlegają się nagle dźwięki orkiestry symfonicznej. A potem potężne, pokręcone rytmy breakcore’owej perkusji. Płytą tygodnia stało się Venetian Snares. Zaraz po nich Yann Tiersen gra na akordeonie wprowadzając klimat francuskiej restauracji z lat 20-30 XX wieku, a przed oczami przewijają się tańczące tango pary…

A potem siadam do Guitar Pro. Za pomocą gitary tworzę prosty temat, który następnie zapisuje za pomocą brzmień instrumentów klawiszowych. Niestety, zbyt późno zorientowałem się, że powinienem się zainteresować fortepianem. Kilka nut, ułożenie melodii, drobny podkład… I po raz kolejny powstaje szkic. Na przyszłość.

Śpię. Szkoła. Wracam. Jem. Śpię. Uczę się. Śpię. I tak w kółko, nie licząc środy i weekendów, które cieszą najbardziej. Od czwartku próby… Chyba łapię drobną depresjo – delirkę przedmaturalną. Informacji wydaje się tyle, że nie sposób tego logicznie przyswoić, a kiedy człowiek zaczyna, wszystko się miesza. Jeszcze lekko ponad miesiąc. Uda się, czy się nie uda…? Odpowiedź jest jedna: Niezależnie od wszystkiego, udać się musi.

Myślałem nad komponowaniem, ale ostatnio nie mam pomysłów. Na razie pewnie opracujemy stare utwory, a potem się zobaczy, może wena wróci. Mam nadzieję. Jeden całkiem średni własny utwór to trochę mało, jak na kilka lat tworzenia…

Grzmią trąby. Huczy orkiestra. Kotły warczą, smyki grają niepokojące tony… Na piedestał wchodzi, otoczony Zaćmieniem Nocnej Strony, Cesarz.

Czasem ten blackmetalowy łomot koi po całym dniu lepiej, niż Mansell.

PS Gdyby nie ten “syndrom maturzysty”, byłoby niemal idealnie. Kto wie, ten wie, dlaczego.

~ - autor: Łukasz w dniu marzec 24, 2009.

Jedna odpowiedź to “Jakiś mądry tytuł, z łacińska brzmiący albo coś…”

  1. a nie mówiłam.

Dodaj komentarz