Pejzaż z zerwanym mostem cz. 2
Wczesnym rankiem, wkrótce po jutrzni, bracia zakonni rozpoczęli poszukiwania brata Witolda. Nie stawił się na modlitwę, zaś jego cela świeciła pustkami. Sprawdzili cały klasztor. W bibliotece natrafili jedynie na lekki bałagan, wypaloną świecę i nie dokończoną pracę nad przepisywaniem rozdziału książki. Reszta pomieszczenia była zwyczajna, nie różniła się niczym od biblioteki z dnia wczorajszego. “Cóż więc stało się z bratem Witoldem?” – pytali. Nie mógł przecież uciec – mur był wysoki, a furtian nikogo nie przepuszczał. Przeor zasępił się, po czym wykonał znak krzyża i orzekł:
- Siły nieczyste, bracia! Módlmy się o zbawienie jego duszy…
***
Brat Witold spróbował otworzyć oczy. Uderzenie tępego bólu. Spróbował się poruszyć. Nie mógł. Więzy nie wpijały mu się w nadgarstki i stopy, ale w żaden sposób nie mógł zmusić mięśni do wysiłku. Chciał coś powiedzieć. Nie dał rady.
Kiedy wreszcie, nieludzkim niemal wysiłkiem, uniósł powieki, zobaczył, że znajduje się w jakiejś jaskini. Piasek, dużo piasku. Łażące tu i ówdzie obrzydliwe stworzenia podobne do pająków, ale z długimi ogonami i szczypcami. Cisza.
Chciał unieść głowę. Zemdlał.
***
Słońce było już całkiem wysoko na niebie, kiedy przysłany przez biskupa inquisitor stanął u wrót klasztoru. Chciał sprawiać wrażenie groźnego i obojętnego, ale mu to nie wychodziło. Jego twarz pokrywało kilka blizn, ale były to ślady po brzytwie, albo po ospie – takich ran odniesionych w walce raczej nikt nie przeżywał, chyba, że, o czym mnisi szeptali ze zgrozą, że jakaś szatańska moc je zaleczy. Czarny płaszcz, narzucony na ramiona, odsłaniał złoty krzyż na łańcuchu. Za nim stało czterech drabów, każdy ubrany w ćwiekowaną zbroję skórzaną i dzierżący ciężko okutą pałę. Ten i ów co chwilę drapał się w głowę, zapewne chcąc zrzucić wszy.
Furtian był tak roztrzęsiony, że z ledwością otworzył bramę. Inquisitor wraz z towarzyszami przekroczył próg klastoru. Furtian zamknął wrota.
Na dziedzińcu zgromadzili się wszyscy przebywający w klasztorze mnisi. Patrzyli z lękiem na inquisitora. Wiedzieli, że mógł oskarżyć kogokolwiek o cokolwiek i byłoby mu to wybaczone, a wskazanego spotkałaby surowa kara. On z kolei patrzył wyniośle i pogardliwie. Zdawał sobie sprawę ze swojej władzy. Przybysz omiótł wzrokiem plac i zapytał:
- Czy to wszyscy?
Kiedy otrzymał potwierdzenie, poprzez skinięcie głowy przeora, uśmiechnął się paskudnie.
- Wyplenimy stąd to zło.
***
Dolinę wypełniała niebywała cisza. Cisza głęboka, niepokojąca, wkradająca się w każdą komórkę ciała i sprawiająca, że miało się ochotę wrzeszczeć, byle tylko ją przerwać. Obezwładniała i nie pozwalała pozbyć się wrażenia, że coś wisi w powietrzu. Coś wyjątkowo złowrogiego, co tylko czai się, żeby dopaść roztrzęsionego człowieka i rozerwać go na strzępy, na atomy.
Stworzenia pustyni poruszały się bezgłośnie. Wściekle czerwone słońce rozpoczęło już wędrówkę za horyzont, ale do zmierzchu pozostała jeszcze co najmniej godzina. Deski zerwanego mostu poruszały się lekko, bezgłośnie uderzając o skały.
Wszystko to skrupulatnie notował umysł brata Wiktora. Udało mu się wreszcie otworzyć oczy i nieco unieść głowę. Już poprzednio zauważył, że jest w jaskini. Teraz mógł ocenić jej rozmiary. Nie była duża, bardziej niż na jaskinię, wyglądała na nieco większą piaskową jamę. Wejście jarzyło się lekko niebieskim światłem.
Człowiek, który go porwał, stał oparty o ścianę. Pomiędzy jego palcami widział delikatną, błękitną
poświatę, która płynęła powoli od jego dłoni do dziwnego zawiniątka na ziemi. Kaptur nie pozwalał zakonnikowi widzieć jego twarzy, ale brat Witold mógłby przysiąc, że bezgłośnie poruszał ustami. A może to tylko wyobraźnia płatała mu figle…?
Zakapturzony nagle drgnął. Niebieskawa poświata zniknęła, zaś on sam zwrócił się w stronę Witolda. Odrzucił kaptur. Zakonnik zaczął bezgłośnie poruszać ustami. Język automatycznie układał mu się w słowa laudate Dominum.Nie zobaczył wiele. Ale pewne było jedno – jego porywacz przestawał powoli być człowiekiem. Nie wiadomo tylko, czym się stawał.
- Teraz doświadczysz tego, czego ja doświadczałem przez wieki… – powiedział powoli ważąc każde słowo. Jego głos zdawał się obniżać temperaturę o co najmniej kilka stopni. Witold otworzył szeroko oczy. Powietrze było gęste od magicznych wyładowań. Prawie nie mógł oddychać. A potem to nadeszło. Fala nieziemskiego bólu, jakby całe jego ciało płonęło, jakby każda kropla krwi w jego żyłach zamieniła się w ogień.
Otworzył usta. Chciał krzyczeć. Nie mógł. Powoli osuwał się w ciemność…
***
Dereka przeszyła fala gorąca. Coś było nie tak. Spojrzał z przerażeniem na mistrza Joachima. Ten zdawał się niczego nie dostrzegać.
- Wszystko w porządku…? – zapytał.
Chłopak potrząsnął głową. Gorąco odeszło, ale niepokój pozostał. Nie chciał, żeby Joachim cokolwiek dostrzegł.
Zaprzeczył.
- Dobrze, kontynuujmy…
***
Inquisitor przepytał wszystkich dwudziestu braci. Zajęło mu to kilka godzin, tak, że już prawie zmierzchało, kiedy zimnymi, rozległymi korytarzykami klasztoru zmierzał do biblioteki. Od razu wyczuł, że będzie miał trochę roboty.
- Otwieraj – skinął na jednego ze swoich towarzyszy.
Otworzył. Biblioteka wyglądała dokładnie tak, jak rano zastali ją mnisi. Jeden jednak szczegół umknął zakonnikom. Inquisitor wyczuł w powietrzu dziwną woń. Teraz był niemal pewien. Skinął na drugiego oprawcę i wskazał mu punkt przy stoliku, po którym walały się w zupełnym nieładzie stare księgi.
- Przeżegnaj się – polecił.
Drab uczynił to. Zapadła niezręczna cisza. Po chwili powietrze w pomieszczeniu lekko zadrżało i zapachniało prochem.Wybuch, który potem nastąpił, ostatecznie utwierdził inquisitora w przekonaniu, że ma do czynienia z Wyzwolicielem.Zwłoki draba dymiły. Reszta patrzyła z niepokojem, jak wysłannik biskupa wskazuje na truchło.
- Udzielcie mu ostatniego namaszczenia – powiedział, zwracając się do zakonników. – Po takim trybie życia będzie mu bardzo potrzebne.
***
Przeor słuchał w milczeniu. Wyzwoliciele. Demonologowie. Czarna magia. Na rany Chrystusa, to było nie do pomyślenia. Ludzie wchodzący dobrowolnie w konszachty z istotami z innych sfer planarnych, chcący zwrócić Ziemię prawowitym właścicielom – demonom z otchłani. Gdzie w takim razie był Bóg…?
Inquisitor skończył przemowę i spojrzał bacznie na zakonnika.
- Znacie podstawowe czary leczące, prawda…? – zapytał.
Przeor przeraził się. Owszem, znał podstawowe zaklęcia, którymi potrafił wypędzić z ciała chorobę, czy zasklepić ranę, ale nie mógł się przecież przyznać do tego przed inquisitorem. Powiesiliby go za to. Ale przedtem zostałby wychłostany, rozciągnięty na katowskim stole i spalony. Za uzurpowanie sobie boskich przywilejów.
- Ja…? Jeśli Pan udzieli nam łaski, to przez modlitwę i wstawiennictwo…
Inquisitor zerwał się z krzesła i chwycił starego mnicha za habit.
- Nie pierdol, braciszku. Dobrze wiem, jak leczycie chorych. Nie bójcie się, nie spłoniecie za to. Potrzebna mi będzie za to wasza pomoc. Jeśli uda mi się znaleźć pęknięcie miedzysferowe, jakie ten sukinsyn zostawił po sobie, to go dopadnę. Ale wy będziecie musieli mi pomóc utrzymać portal. A samą modlitwą się nie da.
Przeor zrozumiał. Kiedy inquisitor go puścił, ciężko opadł na krzesło. A więc o to chodziło…
- Pewnie zastanawiacie się, gdzie jest Bóg? Bóg ma problemy. Ostatni atak piekieł na fortecę Niebios został ledwie odparty. Archaniołowie nie dają rady, zaś wiele pomniejszych aniołów poległo. Musimy za wszelką cenę utrzymać tu równowagę, inaczej… – tu pokazał dłonią wymowny gest w okolicy szyi.
Stary zakonnik nieomal zapłakał. Wszystko wisiało na włosku.
***
Ból. Tysiące malutkich igieł wbijających się w ciało i płonąca wściekłym ogniem krew w żyłach.
Ciemność. Nie mógł otworzyć oczu. Mięśnie były niemal zupełnie bezwładne.
Samotność. Nie było tu nikogo, kto mógłby mu pomóc.
Dreszcz przeszył ciało brata Witolda. Gwałtownie się rozbudził.
Wisiał w powietrzu, nie podtrzymywany zupełnie niczym, w pozycji Chrystusa na krzyżu. Jaskinię zalewało rdzawoczerwone światło. Serce zaczęło bić mu tak mocno, że prawie wyskoczyło z piersi.
Usłyszał trzask rwanego materiału. Podniósł głowę.
Patrzył prosto w oczy demona.

nie zasłużyłeś.
nie no opisy są awesome, zdecydowanie. jak i w części pierwszej. ej ale te pierdol takie nowoczesne.. chcę pierwszy egzemplarz, muszę go mieć i tyle. z dedykacją ;x
‘Ból. Tysiące malutkich igieł wbijających się w ciało i płonąca wściekłym ogniem krew w żyłach.
Ciemność.’ oj kochany przyjacielu, kochany.. słów mi brakować zaczyna.
napisz coś kiedyś dla mnie.
faaak, długo jeszcze oranżada ma zamiar gdakać? skacować się gazem z butelki.. niezły wyczyn.
i znów te genialne opisy. chcę drugi egzemplarz.
@Kaśka: utworów pisanych z dedykacją nigdy nie kończy.
jak się wypnie osoba, której miało być to dedykowane to nic dziwnego.
(:
ja nie znaju, jedynie twórczość oceniam ;p