212 Flight to Nowhere or Pepeedoova Zkurvena

Tak sobie myślę… A może by być technicznym…? W sumie fucha całkiem znośna, ciągła styczność z muzyką, noszenie instrumentów, wzmacniaczy, ustawienia, itp. Zaczyna mnie to kręcić. Kto wie, może to przez zawiedzione nadzieje na jakikolwiek rozwój nieco ambitniejszych i “cięższych” projektów muzycznych…? W każdym razie pasowałaby mi taka praca – spora część życia na koncertach, w warunkach do dupy, płaca ledwie wystarczająca na życie i właściwie tyle. Jakoś by się to ciągnęło. A potem…? Kto wie, może udałoby się nawiązać kontakty celem dalszej współpracy? Chciałoby się, oj chciało… No ale marzenia zostawmy marzycielom. Jakoś to będzie. Na pewno nie chcę skończyć jako perkusista grający (pop) punk z Gestem Kozakiewicza, jakkolwiek by to zabawne nie było (bo i właściwie nie jest).

Cholernie się męczę. Człowiek, z którym zakładałem zespół, daje dzisiaj koncert. A ja…? Szlag by to wszystko trafił, nawet szczury, nawet karaluchy uciekły z tonącego okrętu o nazwie “Jesuicide”, został na nim tylko sam kapitan, do końca wierny i idący na dno razem ze statkiem.

“Rób bitmaszinu”. Proste, jasne, czynne i klarowne. W Jesuicide? Odpowiedź mogła być tylko jedna:

“A wiesz co? A spierdalaj!”

Pokolenie emopoprockowoskapunkowe. I nikogo do grania melodeathu w całym pierdolonym regionie. Ciekawe, gdzie Hermh na tym wschodnim zadupiu znalazł sobie muzyków. Albo Gutter Sirens.

Zresztą, co mnie to obchodzi? Kupa sprzętu, nic talentu. Jakby talent był, to bym coś zmontował, a tak? Chujnia z grzybnią, proszę panśtwa…

Jeśli uda mi się stworzyć jakiś stabilny zespół, mimo wszystko, to kupię jakąś tanią gitarę i rozjebie ją na pierwszym koncercie. Albo nie, lepiej rzucę w tłum – będzie więcej pożytku. Może ktoś będzie cierpiał z powodu braku sprzętu, a będzie miał 500% więcej talentu ode mnie…?

~ - autor: Łukasz w dniu listopad 8, 2008.

Dodaj komentarz