Flagcarrier

Flash of light, soft yet bright
I walk beneath the shadows
of the evernight
Never could have known
there was a place like this
where the world burns
and still I can exist

I can’t hear the storm anymore
and I don’t know what it’s for
I can’t feel my legs
but still I keep going
I can’t feel my hands
but still I rest knowing
that I won’t go alone

In the far twilight awaits
opens up to embrace

This barren soil
scorched and stained
by the blood of soldiers
left fallen in the rain
All the light in the world today
Won’t light up the night
into which I walk away…

Deja vu. Po raz kolejny trzy osoby na moim łóżku. Tym razem otrzymałem ostateczne potwierdzenie, że trzy osoby się na nim nie mieszczą. Dwie też z trudem. A kto lądował a następnie spał na podłodze? Oczywiście ja…

Światło rozświetlające ciemności kojarzy mi się z płomieniem zapałki, gazu z zapalniczki albo żarem papierosa. Zapomnienie z butelką wina o dziwnym smaku, które z trudem przechodzi przez gardło. Cisza – z niebezpiecznym i niepożądanym zjawiskiem, które staje się niezręczne.

Weekend upływa pod znakiem liczby 3. Chrześcijanie mają świętą trójcę. Cóż, zawsze albo brakuje im czwartego do brydża, albo ktoś się nudzi, jak grają w szachy.

Czasami mam nieodpartą ochotę wyrwać sobie serce z piersi, bijące, rozpryskujące wokół krew wznieść ku niebu i krzyknąć “Trzymaj! To moja ofiara dla ciebie, wszechmocny panie świata! To wszystko dla ciebie. Przyjmij to pokrwawione, kilkakrotnie przebite, zatrute i skonane serce. Staram się, żeby było inaczej, ale ciągle przegrywam. Przyjmij je więc, zabierz i pozwól mi odejść”.

Potem przychodzi opamiętanie. Mam się poddać i przyznać, że jestem słaby i potrzebuję Twojej pomocy? Mam przyznać, że jesteś mi do czegokolwiek potrzebny, że potrzebuje oparcia w tobie i twoich systemach religijnych? Nie, tego nigdy nie dostaniesz. Choćbym miał się czołgać samotnie i w ciemności, choćbym miał na każdym kroku ginąć, nie dostaniesz tego. Świetlisty też mnie nie interesuje. Nie jest w stanie dać mi tego, czego potrzebuję. Wierzę w ludzi, którzy są dookoła, dzięki którym nie jestem sam i którzy dzięki mnie nie czują się samotni. Wierzę w nasze własne, ludzkie możliwości. Owszem, są ograniczone. Ale nigdy nikt nie wmówi mi, że muszę oddawać komuś cześć tylko dlatego, żeby nie było gorzej.

Jestem pełen nienawiści dla ślepych i głupich ludzi, którzy zbyt łatwo się poddają, zbyt łatwo rezygnują ze swoich ideałów. Nienawidziłem siebie, bo nie mogłem zmienić wszystkiego.  Teraz wiem, że ideały nie istnieją. Ale będę walczył o to, co mogę osiągnąć, nie poddam się tak łatwo. Co z tego, że teraz leżę i niszczeję, powoli umieram. Jutro może zaświecić słońce i wszystko zmienić. Wystarczy jeszcze kilka łyków cierpienia i otrzymam kilka ziarenek szczęścia. Trochę to potrwa, ale kiedy nadejdzie ta chwila, to wykorzystam ją do ostatniej kropli.

To, że zwykle to ja jestem tym, kto stoi z boku, trzecią, niepotrzebną osobą, piątym kołem u wozu, “przeszkadzajką”, kimś, kogo nie powinno być, nie znaczy, że będę nią zawsze. Nie pozwolę na to. Nie dam nikomu tej satysfakcji. Czasami jestem naprawdę zdesperowany w poszukiwaniu uczucia, ale potrafię przy tym zachować chłodne spojrzenie. Owszem, czasami mogą mnie ponieść emocje, zdarza się. Niemniej jednak nie pozwolę sobie na błędy, których będę żałował.

Zapałka. Płomień. Papieros. Dym. Szklanka wina. Czyjeś pijane usta, wirujący dookoła świat i lądowanie w cichym, ciemnym pokoju. Na szczęście nie tym razem. Ale muszę sobie zadać pytanie: czy chcę, żeby tak było?

Nie, na dłuższą metę tak się nie da. Ale przecież wszystkiego trzeba w życiu spróbować, prawda?

Weekend minął leniwie. Po raz kolejny potwierdza się mądre twierdzenie, że miłość to chemia, seks to fizyka, a życie to biologia. Ze wszystkich tych przedmiotów miałem ledwie 3. Ta liczba mnie prześladuje. Ale już niedługo…

~ - autor: Łukasz w dniu luty 24, 2008.

Dodaj komentarz