Jestem zły, bardzo zły…

Całkiem niedawno zauważyłem u siebie dosyć dziwną tendencję. Otóż w czasie spotkań (choćby przy stole) z całą rodziną moje myśli krążą tylko wokół jednego… A wygląda to tak: “Dobrze, że jesteście, świetnie, że jesteście, aczkolwiek nie teraz. Nie odzywajcie się, o nic nie pytajcie, zostawcie mnie w spokoju, możecie nawet zniknąć do końca dnia i pojawić się jutro. Albo za tydzień, wszystko mi jedno. Mam dość waszej obecności…”

Kiedy są pojedynczo, nie przeszkadzają aż tak bardzo. Ale kiedy zbiorą sie razem, zaczynają rozmawiać, dyskutować i tak dalej, coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że do nich nie pasuję, że jestem w domu elementem, bez którego tylko by zyskał. Po prostu nie pasuję, nie wiem tylko, dlaczego…

Już dawno zdałem sobie sprawę, że powinienem się wynieść z tego domu, bo to pogarsza mój stan psychiczny… tylko gdzie? Niby mogę się wyprowadzić do babci, ale to z pewnością zaowocuje co najwyżej jeszcze gorszym samopoczuciem i ogólną rozwałką psychiczną. Nienawidzę agitatorów katolickich…

Powinienem podjąć decyzję o pójściu do innej szkoły… Powinienem, ale tego nie zrobiłem. Z jednej strony to dobrze i trudno opisać, jak bardzo się z tego cieszę, bo gdybym tak zrobił, nigdy nie poznałbym Gosi… A z drugiej… nie wiem, jak wyglądałyby moje relacje z rodziną. Może zupełnie byłoby mi obojętne, co się dzieje? Nie wiem, zaczynam już nawet pisać od rzeczy…

Dobra, zebrałem się w sobie. Wybitnie pomógł mi słuchany właśnie “Redneck” Lamb Of God. Przypomniał mi, że powinienem wziąć do rąk wiosło i zacząć znowu grać po 5 godzin dziennie żeby osiągnąć po jakimś roku czy dwóch taki poziom, żeby chociaż spróbować to zagrać… A tak całkiem na serio, to okazało się, że całkiem nieźle operuję głosem… Potrafię “zagregoriankować ” :P , jak to mówił Tygrys, refren z tego utworu. Cały. Tyle, że po zrobieniu tego ledwie oddycham… Ale cóż, jeszcze troszkę, potem ćwiczenia z “Zen Of Screaming” i jazda… A w międzyczasie jeszcze ćwiczenie “czystego” wokalu na jakimś Hunterze czy (bardziej) Rufusie Wainwrightcie i “Hallelujah”… Może w końcu wyjdzie. A potem…

Potem połączenie grania i śpiewania w całość. I będzie można zająć się graniem na poważnie. O ile wystarczy czasu… I życia. Ale to inna sprawa. Bo jeśli naprawdę się przyłożę, to przed trzydziestką powinno mi się udać…

Ok. Kwestia mojego “niepasowania” do mojego domu i rodziny została poruszona, kwestia rozwoju muzycznego również… A co poza tym? Hmm… no nie wiem… Mnóstwo “różnych i podłużnych” głupot. Jak zwykle nie ma nawet sensu (i przede wszystkim – czasu) żeby opisać choćby 1/3 z nich… Ale cóż… tak bywa, że w życiu często brakuje czasu na rzeczy, które są w zasadzie najważniejsze. Bo właśnie z setek, jeśli nie tysięcy czy nawet miliardów takich głupot składa się całe nasze życie i cała nasza egzystencja…

Nie bardzo lubię lato. Nie bardzo lubię jesień. Chyba, że tą późną… Ech… właściwie powinienem tu przytoczyć Twoje słowa, ale nie wiem, czy mi wolno… Hmm, najwyżej mi się dostanie…

Powinienem powiedzieć: “Wszyscy zakochują się w lecie. Ja nie. Ja zakochuję się na zimę”. Coś w tym jest. Kiedy o szyby uderza deszcz, kiedy na dworze jest szaro i mokro, jak wczesną jesienią, patrzę w okno i uświadamiam sobie, że gdzieś daleko jest druga połówka mojego serca, którą Ci oddałem. A kiedy wokół jest zima, pada śnieg a na dworze ludzie spacerują w płaszczach i szukają osłony przed chłodem widzę w ciemnościach blask Twojego serca. I wracam myślami do tego pamiętnego dwudziestego siódmego dnia stycznia, do naszego spaceru…

Ech, znowu ujawniają się moje tendencje patetyczno – chore i w ogóle dziwne. Może to z powodu “Hell Dwells In Ice” Behemotha w tle? Ech… Nadaje się na sesje… Ech…muszę kiedyś spróbować zabaw z ambientem, może uda mi się stworzyć coś choć w połowie tak klimatycznego? A co do patetycznych tendencji i dziwnego nastroju… Cóż, jestem w humanie. A w dodatku “I am one of those melodramatic fools, neurotic to the bone no doubt about it” jak śpiewa Billy Joe Armstrong z Green Daya w “Basket Case”…

Coś strasznie muzycznie się zrobiło. Ciekawe dlaczego? Nie mam pojęcia. Po raz kolejny ujawnia się moje uzależnienie od muzyki i tym podobnych zjawisk artystycznych…

Tak więc, żeby nie wprowadzać znowu totalnego chaosu i zamieszania do i tak już chaotycznego wpisu, na koniec pewien tekst. Nie wiem, czy już go kiedyś nie umieszczałem, a nawet jeśli, to cóż… Trudno. Będzie jeszcze raz.

Tekst, który usiłowałem śpiewać pewnej wyjątkowej osobie w czasie podróży pewnym autobusem… I chyba nawet mi się udało… Aczkolwiek nie mam pojęcia, jak to się komuś mogło spodobać, przecież ja mam okropny i beznadziejny głos, co sam słyszę… No, chyba że tak ma być, a ja się nie znam. Zapewne chodzi o tą drugą możliwość.

Zatem, aby nie przedłużać – tekst.

Zespół: Porcupine Tree

Utwór: “Blackest Eyes” z wydanej w roku 2002 płyty “In Absentia”

A mother sings a lullaby to a child

Sometime in the future the boy goes wild

And all his nerves are feeling some kind of energy

A walk in the woods and I will try

Something under the trees that made you cry

It’s so erotic when your make up runs

I got wiring loose inside my head

I got books that I never ever read

I got secrets in my garden shed

I got a scar where all my urges bled

I got people underneath my bed I got a place where all my dreams are dead

Swim with me into your blackest eyes

A few minutes with me inside my van

Should be so beautiful if we can

I’m feeling something taking over me

PS Tym razem notka jest dłuższa. Przekroczyłem 1000 słów, co już od dawna mi się nie zdarzyło… Hmm… czyżbym odzyskiwał wenę twórczą? A może po prostu się wyspałem? ;)

~ - autor: Łukasz w dniu październik 7, 2007.

Dodaj komentarz