Sięgając do szuflady

•maj 25, 2009 • Skomentuj

To, że jestem zajebiście wręcz sentymentalny, wie chyba większość osób, która zna mnie nieco lepiej. To, że staram się tworzyć jakąś “muzykę elektroniczną” chyba też… I nie tak dawno temu postanowiłem posłuchać swoich nagrań w kolejności w miarę chronologicznej. Te starsze, robione jeszcze w MMM i za pomocą klawiszy panny Idy brzmią wprawdzie raczej płasko i niespecjalnie, ale jednak coś tam w nich jest… Natomiast te nowsze, tworzone już po przestawieniu się na FL Studio, są wprawdzie lepsze pod względem produkcyjno – brzmieniowym, ale chyba słychać, że trochę za bardzo się zastanawiałem “co zrobić, żeby jakoś toto brzmiało”. W związku z tym, przejdę teraz do meritum tego całego wpisu.

Postanowiłem jakoś to uporządkować i szukam chętnych, cierpliwych i wytrzymałych na rzeczy raczej słabe muzycznie, którzy pomogliby mi jakoś złożyć to do kupy i z rzeczy, które się najbardziej spodobają, zrobić coś o nazwie “Early Works. 2007 – 2009″. Sam się zdziwiłem, że to już 3 lata…

W czasie słuchania nagrań powracały wspomnienia. Różne. Lepsze, gorsze… Ale wiem, w oparciu o co pisałem kolejne utwory, co zmusiło mnie, żeby to zrobić. Najczęściej był to eksperyment, albo złe samopoczucie, czasem jednak utwory były komuś dedykowane. Utwory takie, jak “Entry (A Poem For Her)”, “Isolation”, czy też, z rzeczy nowszych – “Summer”, którego nikt poza mną jeszcze nie słyszał czy mało poważnym “Grandmother Hell’s Cookies”. One są dla specyficznych osób, które się w moim życiu pojawiły.

Może to te dyskusje o studiach sprawiają, że czuję się tak dziwnie, odkopuję starocie, wracam pamięcią do przeszłości i staram się zrozumieć, dlaczego postępowałem tak, a nie inaczej. Nie wiem.

Kiedy zgromadzę trochę funduszy, spróbuję zdobyć jakiś kontakt i wytłoczyć kilka sztuk tego albumu. Dla każdego, kto zainspirował chociaż jeden utwór, który się na nim znajdzie. Oczywiście wszyscy dostaną go za darmo. Taki mały tribute dla mojego otoczenia. Kiedy wszyscy zainteresowani otrzymają ten album, zapewnę anuluję możliwość darmowego pobierania większości tracków z lasta. I spróbuję wrzucić parę nowych rzeczy. Może będą lepsze, może nie… Kto wie.

Pomyślałem, posłuchałem tych nagrań i…

I dawno się tak głupio nie czułem.

Jeśli ktoś byłby chętny do pomocy przy konstruowaniu tej “składanki” to proszę dać mi znać…

… ode mnie jest ściana

•maj 7, 2009 • Skomentuj

Czasami, buszując po internecie, można znaleźć takie “mądre” informacje:

Jacek Kaczmarski – Icek Berelbaum – polonofob, dywersant, niegdyś “bard”, kpiarz i szyderca patriotyzmu, katolicyzmu i polskości; publikował w żydokomunistycznej “Gazecie Wyborczej”, tak mówił o swojej rodzinie: Mój dziadek był przed wojną zaangażowanym komunistą, po wojnie zaś komunistycznym dygnitarzem. (…) Wierzył w dziejową misję partii itd. Po wojnie znalazł się więc w kręgach władzy, był ambasadorem w Kambodży, pełnił jakieś dyplomatyczne funkcje w Szwajcarii, potem pracował w ministerstwie oświaty. Z partii wystąpił w 1981 roku. Jego żona, czyli moja babcia (…) pochodziła z rodziny żydowskiej, co jak przypuszczam, nie pozostało bez wpływu na zesłanie mojego dziadka do ministerstwa oświaty po 1968 roku. (wywiad pt. Chce konfrontacji, “Tygodnik Solidarność” z 4 maja 1990 r.)

Zaiste, argumentacja i wybórczy dobór faktów godny Łysiaka w “Rzeczpospolitej Kłamców”. Wystarczyło, że Kaczmarski zaczął odcinać się od etykietki “barda Solidarności” i przestał tworzyć protest songi. Jakby nie można było zrozumieć, że to swoisty komunikat o treści “Hej, ludzie, ja piszę też normalne WIERSZE. APOLITYCZNE!”

Skrajna prawica i skrajna lewica są siebie warte – postawy ewidentnie jednotorowe to droga kończąca się murem. Uderzenie w głowę zaboli, ale cóż – niektórzy muszą się jeszcze trochę nauczyć. Fałszywie pojmowana wolność, zakłamana poprawność polityczna i nadmierny liberalizm w starciu z ksenofobią, źle pojętym patriotyzmem i interesem narodowym. Zwycięzcy nie ma, za to tracą wszyscy. Tak trudno to zrozumieć?

Co dalej? Mam się jednoznacznie opowiedzieć po jednej ze stron, bo inaczej dostanę w mordę za koszulkę z Piłsudskim, bo zbyt prawicowy, albo rosyjskim napisem, bo zbyt lewacki? Na ulicy, która w przyszłości stanie się się polem bitwy między zwolennikami dwóch stron?

Weźcie się czasem zastanówcie… To naprawdę nie boli.

Oczywiście, porozumienie jest niemożliwe. “Z nimi? Nigdy”. Trudno. Ale nie trzeba się przy tym od razu rzucać na ludzi “zdradzających niewłaściwe sympatie”.

Rozmawiałem z ojcem. Ładnie to określił – po jednej stronie głąby i po drugiej głąby, a w środku normalni ludzie. Tylko patrzeć, jak jedni się na drugich rzucą i będzie wojna. Oczywiście najbardziej ucierpimy my – normalni ludzie mający tyle samo wspólnego z jedną i drugą stroną.

To co? W którą stronę od Twojej skromnej osoby należy spojrzeć, żeby zobaczyć ścianę? W prawo, czy w lewo? Jeśli mam być szczery, to zupełnie mnie to nie obchodzi. Przechodzę przez znajdujące się na środku drzwi, żeby znaleźć się na świeżym powietrzu. W sali jest stanowczo zbyt duszno.

Pozdrawiam wszystkich tych, którzy się nie szufladkują.

Małanoc

•kwiecień 13, 2009 • Skomentuj

Święta są dosyć ciekawym czasem, aczkolwiek bywają irytujące. Niemniej jednak ostatnio tendencja zwyżkowa. Dlaczego…? A z dosyć prostego powodu – im mniej przebywania w domu i wsłuchiwania się w niepotrzebne dyskusje, zwłaszcza z babcią, tym lepiej.

A tak z innej beczki – nie mogłem spać i wstałem o 4 rano. Znalazłem linki na rapida do pewnego polskiego filmu z początku lat ‘70. Usiłowałem je ściągnąć…

Okazuje się, że nawet, kiedy wstaje się o 4 rano, jakaś persona, w sposób nieświadomie wredny i tak dopcha się do rapida.

Kocham moją sieć, naprawdę…

Merry… Bloody Mary, po raz kolejny. To chyba stanie się moim osobistym hasłem na wszystkie święta.

O “Źródle” słów kilka…

•marzec 30, 2009 • Komentarzy: 2

“Death is a disease… And I’ll find a cure for it”

The Fountain. Aronofsky wielkim reżyserem jest i koniec. A kogo choć trochę nie wzruszą “Requiem For A Dream” tudzież “The Fountain” jest co najmniej dziwny.

Pierwszy raz od dłuższego czasu uroniłem łzę na filmie. Poprzednio przy “Requiem…” właśnie.

“Death is the road to awe…”

Im bardziej patrzyłem w ekran, tym bardziej narastała chęć, byś tu była. Film jest cudowny, choć smutny. Powala. Po prostu powala…

Jakiś mądry tytuł, z łacińska brzmiący albo coś…

•marzec 24, 2009 • 1 komentarz

W wieczornej ciszy rozlegają się nagle dźwięki orkiestry symfonicznej. A potem potężne, pokręcone rytmy breakcore’owej perkusji. Płytą tygodnia stało się Venetian Snares. Zaraz po nich Yann Tiersen gra na akordeonie wprowadzając klimat francuskiej restauracji z lat 20-30 XX wieku, a przed oczami przewijają się tańczące tango pary…

A potem siadam do Guitar Pro. Za pomocą gitary tworzę prosty temat, który następnie zapisuje za pomocą brzmień instrumentów klawiszowych. Niestety, zbyt późno zorientowałem się, że powinienem się zainteresować fortepianem. Kilka nut, ułożenie melodii, drobny podkład… I po raz kolejny powstaje szkic. Na przyszłość.

Śpię. Szkoła. Wracam. Jem. Śpię. Uczę się. Śpię. I tak w kółko, nie licząc środy i weekendów, które cieszą najbardziej. Od czwartku próby… Chyba łapię drobną depresjo – delirkę przedmaturalną. Informacji wydaje się tyle, że nie sposób tego logicznie przyswoić, a kiedy człowiek zaczyna, wszystko się miesza. Jeszcze lekko ponad miesiąc. Uda się, czy się nie uda…? Odpowiedź jest jedna: Niezależnie od wszystkiego, udać się musi.

Myślałem nad komponowaniem, ale ostatnio nie mam pomysłów. Na razie pewnie opracujemy stare utwory, a potem się zobaczy, może wena wróci. Mam nadzieję. Jeden całkiem średni własny utwór to trochę mało, jak na kilka lat tworzenia…

Grzmią trąby. Huczy orkiestra. Kotły warczą, smyki grają niepokojące tony… Na piedestał wchodzi, otoczony Zaćmieniem Nocnej Strony, Cesarz.

Czasem ten blackmetalowy łomot koi po całym dniu lepiej, niż Mansell.

PS Gdyby nie ten “syndrom maturzysty”, byłoby niemal idealnie. Kto wie, ten wie, dlaczego.

Druga pięćdziesiąt

•marzec 15, 2009 • 1 komentarz

Tytułowa godzina w ciemnym pokoju. Powrót z baru po odwiezieniu kilku lekko wstawionych kumpli z zespołu i nie tylko.

Anja miała rację. On przychodzi nocą. Niepokój o przyszłość. I przyprowadza tęsknotę.

Kwestia przyszłości, przeszłości i teraźniejszości. Zaczynam czuć się dziwnie. Mam wrażenie, że jestem już innym człowiekiem, niż choćby pół roku temu. Zebrało mi się ostatnimi czasy na wspominki, retrospekcje i rozmyślania.

Wszyscy jesteśmy stąd. Wschodnia ściana kraju. Obecnie. Wcześniej Rzeczpospolita rozciągała się jeszcze bardziej na wschód. Stare ziemie. Polacy, Ukraińcy, Łemkowie, Litwini… I jakoś to wszystko wyglądało. A potem przyszły inne, złe czasy i akcja o kryptonimie będącym nazwą jednej z polskich rzek. I cóż więcej…? Świat się zmienił.

A ja… Ile jeszcze czasu tu spędzę? Razem, ze wszystkimi? Prawdę powiedział ktoś, mówiąc, że świat urósł i zmalał jednocześnie.

Wszyscy jesteśmy stąd. Czuję się związany z tym miejscem, z tymi ludźmi, którzy mnie otaczają, którzy też są stąd. Pytania, pytania… Słowa. Ciągle kłębią się w mej głowie wątpliwości, tłoczą się lęki.

Nie chcę tego stracić. Nie chcę, żeby później ktoś tylko wspominał, że był sobie taki Ziomek, ale teraz już nikt nie wie, gdzie jest i co robi.

Rozważania przedmaturalne. Nawet, jeśli dostałbym się na UJ, to i tak chcę do Lublina. Nie chcę stąd wyruszać i zostawiać tego wszystkiego. Kraków jest piękny, ale… Ale to tutaj chciałbym dalej żyć i działać. To nic, że tu jest nudno i nic się nie dzieje. To nic, że jest, jak jest. Może uda się to jakoś zmienić…?

Małe miasteczka mają swój urok. To, w którym żyję, również.

Albo się starzeję, albo coś mi zupełnie padło na mózg. Mały domek gdzieś nad Krzną. Może być praca od rana do wieczora, choćby nudna. Ale chcę tego, jak powietrza. Przeraża mnie perspektywa utraty tego wszystkiego. I tych wszystkich ludzi, tych z zespołu, tych znajomych, przyjaciół,… Nawet tych ludzi, z którymi stykam się też dość rzadko.

Wystarczyło się rozejrzeć, by stwierdzić, że jestem jednym z tych ludzi, których można nazwać szczęściarzami. Dostałem prezent od losu i nie chcę go stracić. Jest po prostu dobrze. Bardzo.

Teraz jest noc. Ile czasu minęło? Kilka godzin? Pewnie tak.

Tęsknię za Tobą.

Koniec lutego

•luty 17, 2009 • Komentarzy: 3

Kiedy widziałem uśmiech na Twojej twarzy było mi lepiej, chociaż na początku cierpiałem.
Akceptacja to takie sympatyczne zwierzątko, kiedyś o tym wspominałem. Uśmiechnęło się do mnie, a ja je pogłaskałem. Akceptacja rzeczywistości.

Cały ten blog to zapis wzlotów i upadków. A także niepotrzebnego pierdolenia na temat tych drugich.

Zaakceptowałem wszystko. Jedno tylko nie daje mi spokoju – dlaczego nie mogłem zrobić tego też wcześniej. Czy naprawdę potrzebowałem kolejnego, podobnego doświadczenia…?

Muszę żyć z tą świadomością. Ze świadomością tego, co zrobiłem wcześniej, a czego teraz nie potrafię sobie darować. Trochę jak podróż z kamieniem w bucie, ale nie ma w sobie nic z heroizmu Pana Cogito.

Spoglądając za siebie, widzę gdzieniegdzie spalone mosty, inne są w złej kondycji, jeszcze inne dosyć świeże i wyglądające na mało stabilne. Mało jest takich regularnie naprawianych.
Czy ja naprawdę jestem egoistą i ignorantem? To pytanie chyba już nigdy nie da mi spokoju…

…again and on

•luty 13, 2009 • Skomentuj

“Just Breathing”

This mortal coil, divided soul
Heroes for ghosts, love’s just to ignore
Resistance is senseless, give it up now
Evanescence… the greatest common natural law
Embrace the sweet darkness that you’re drowning in…

Again.

Silence inside me
Illness, sweet suffering
Nothing to write.

Ze szczególnymi pozdrowieniami dla tych ludzi, którzy odczytali to, co chciałem przekazać w poprzednim wierszu. Tutaj zasada jest ta sama.

I wszystko jest o  najbardziej znanej na świecie liczbie symbolizującej doskonałość chrześcijańskiego boga.
Zdaje się mnie notorycznie prześladować. Chciałbym tylko wiedzieć, dlaczego tak. Albo nie. Właściwie to wszystko mi jedno, aczkolwiek wyjaśnienie mogłoby co nieco pomóc.

A na deser:

Einsam – gemeinsam
Wir haben verlernt uns neu zu suchen
Die Gewohnheit vernebelt
Die Tragheit erstickt
Der Hochmut macht trunken
Und die Nahe treibt zur Flucht

Tanz – mein Leben – tanz
Tanz mit mir
Tanz mit mir noch einmal
In den puren Rausch der nackten Liebe

Tak, właśnie tego chcę. Tanz mit mir, życie! Aczkolwiek wydaje mi się, że im krócej potrwa ten taniec, tym lepiej.

Trzymajcie się wszyscy. Trzymajcie się ciepło. Pewnego dnia może zmądrzeję… Tylko kiedy to będzie?

BTW: Ściany są bardzo przydatnym elementem konstrukcyjnym, zwłaszcza takie wysokie i trwałe. A teraz grzecznie włączcie sobie Blood Axis & Joyaux de la Princesse, weźcie do ręki spory kieliszek z absyntem i dno dna. Cheers! Za wasze (i moje też, jakby wam się nudziło…) zdrowie. Jeśli nie macie absyntu – może być wódka, albo naprawdę, cokolwiek. Ale z tą płytą najlepiej smakuje absynt.

Znów o muzyce

•luty 7, 2009 • 1 komentarz

Niech ktoś mi powie, czemu w temacie, w którym autor pyta, jaką piosenkę wybrałoby się na własny pogrzeb wpisałem to, co wpisałem? Po głowie chodzą mi ciągle trzy tytuły. Głębszy rodzaj drzemki, zamykający jedną z najlepszych płyt Tiamatu, Ate w wykonaniu Clostera oraz piosenkę finałową z “Żywotu Briana”… Wie ktoś? Nie? Bo sam się zastanawiam.

Blood Axis & Les Joyaux de la Princesse oraz ich płyta o absyncie. Mansell pomieszany w tyglu z Lustmordem, SGU i klasyką. 5/5 na RYM. Po jednym przesluchaniu. Magia. Drugie bynajmniej nic nie zaciemniło. Nic, tylko czekać na jakąś wielką ucztę za lat kilkadziesiąt.

Tiamat. Ponownie odsłuchiwany Głębszy Rodzaj Drzemki i Dziki Miód. W dużej ilości. Niemal maniakalnie. Żeby dotknąć, żeby widzieć, żeby sobie przypomnieć to cudowne uczucie obcowania z TĄ muzyką. I ciągle nie mogę się nasycić…

***

Dzisiaj rano do pokoju wskoczyla mi kotka. Tzn. chciała wskoczyć – kiedy zobaczyła moją twarz w niewielkiej odległości od okna, biedaczka spadła z wrażenia. Parę dni temu skakała mamie na ramię. To już się robi podejrzane. Może trenuje do zawodów? A może to przygotowanie do wojny…? Koty staną się władcami świata i zmuszą ludzi do służenia im za wszelką cenę… Niee. Zwierzaki są inteligentniejsze, niż my. One wiedzą, że i tak nad nami panują i taki układ im odpowiada.

Time is ticking out. Tick-tock. Tick-tock. Tick…

Połowa ferii praktycznie za nami. Nic, kompletnie nic. Im dalej w las, tym więcej drzew.

***

- A potem wyskakuje ten koleś zza rogu, wiesz, ten od Muppetów, nie? Nie wiesz, który? Ten, co mówił o parówkach w dłoniach Gonza, Fazzym na suficie i Kermitem ze zdjęciem Kaczora na twarzy. Tak, ten. No. To on wyskakuje zza tego rogu i wyciaga z kieszeni… Nie no, ale nie dasz wiary… Wyciąga… Stary, rozumiesz? On wyciągnął otwieracz do piwa. Otwieracz! Na rurach! Idiota, nie? A może i euroentuzjasta. I czaisz to… Ty, on tam gdzieś nie przeszedł przypadkiem…?

Nigdy więcej układania dziwacznych monologów w głowie. Za dużo prostackich kabaretów, prozy życia i udziwniania wszystkiego na siłę. Abstrakcja też ma swoje granice.

***

Wracam do dark ambientu. SGU to teraz moi główni mentorzy. Chcę stworzyć taki album, którego słuchanie będzie bolało. Naprawdę bolało. Dziwaczne dźwięki, mrok, przestery, filtry… Rozwinięcie schizofrenicznej osobowości szaleńca, w słuchawkach, za konsoletą. Nie, nie chodzi mi o DJa Tiesto. Nie, to nie jest nawet Armiin van Buuren. A już na pewno nie są to Kalwi i Remi.

***

Za oknem jest ciemno. Kotka znowu wskoczyla na wystający fragment czegoś, co od biedy można by nazwać parapetem. Narobiła przy tym trochę łomotu. Pogłaskałbym ją, ale otwarcie okna spowoduje jej natychmiastowy upadek. A może już spadła…?

***

Stwierdzam, że powinienem więcej rzeczy tłumaczyć, wyjaśniać. Może wtedy sprawy przestaną mi się wymykać z rąk. Czego wszystkim serdecznie życzę i idę po kolejny łyk dzikiego miodu, a potem to już tylko sen mi pozostał. Jutro próba, trzeba się zwlec z łóżka i ruszyć dupę do MOK-u. Patrzę coraz odważniej na ten projekt. To ma potencjał i wolę przetrwania ;) .

***

Chciałbym komuś jeszcze bardzo serdecznie i gorąco podziękować, ale że zapewne zrobię to niedługo sam osobiście, więc nie będę dziękował tutaj. Chyba, że później coś jeszcze dopiszę.

Dobranoc! Psilocybe tea, moi mili państwo.

PS Nie jestem pijany, zachowuję pełnię władz umysłowych. Po prostu odreagowuję nudny tydzień.

Błękitne Drzewo

•styczeń 25, 2009 • 1 komentarz

W pewnym sensie mogę być kontent z siebie. Jakoś wychodzi się na prostą, piszę się opinie prawne na 7 punktów, w związku z czym przechodzi się do kolejnego etapu olimpiady, gra się… wróć – napierdala po gryfie (taaak…) z całkiem sprawnymi instrumentalistami i samotnie, na klasyku, no i ogólnie jakoś to wszystko wygląda.

W pewnym sensie mogę być kontent z siebie. A w pewnym nie.

Napierdalam po gryfie. Nie jestem dobrym instrumentalistą. Przykro mi, braki techniczne. Może jakbym przez 3 lata pograł tylko i wyłącznie Bacha i kaprysy Paganiniego w tempie przekraczającym oryginał o jakieś 100 uderzeń na minutę, to coś by z tego wyszło… A wiecie co? Jebać to. Wolę grać utwory Kaczmarskiego i mruczeć sobie pod nosem jego teksty. Ostatnio rządzi jednak kto inny – Gintrowski. A konkretnie duet Gintrowski/Tenebaum. I “Modlitwa O Wschodzie Słońca”.

Co postanowisz, niech się ziści,
niechaj się wola Twoja stanie,
ale zbaw mnie od nienawiści
ocal mnie od pogardy, Panie.

Piękny tekst… Jeśli ktoś będzie go sobie interpretował w kontekście religijnym (czyli stanowczo nie ja) to na pewno przemówi do niego jeszcze bardziej. Dla mnie ma wymowę dosyć jednoznaczną – czy to nienawiść, czy pogarda, należy spokojnie wszystko przyjąć, a potem przejść obok. I uspokoić.

Utrzymująca się od samego początku roku tendencja wzrostowa działa na mnie dziwnie kojąco. Jest spokojnie, chociaż czasami życie daje się we znaki, ale nie warto się przejmować. Egzamin na prawo jazdy zda się przy kolejnym podejściu, w końcu to będzie dopiero czwarte. Nie ma co brać życia zbyt serio, kiedy ono samo nie jest serio – z każdego kąta łypią na nas ironia, groteska, nierzeczywistość, parodia i maski. Właśnie, maski. To osobny temat, ale może poruszę go kiedy indziej. Teraz mówię o czym innym.

Ty. Tak, do Ciebie mówię. Nie patrz się bez sensu w tekst – wyciągaj wnioski. Nie przyglądaj się uciekającemu przez palce życiu – korzystaj z niego. Nie analizuj zbyt dużej ilości sytuacji, nie gdybaj – nie ma to najmniejszego sensu. Co to da, poza pogorszeniem Twojego samopoczucia…? Nie próbuj stawać się Endymionem – legendy legendami, a rzeczywistość rzeczywistością. Tak, drogi czytelniku. Tak, droga czytelniczko. To nałóg. Kolejny nałóg i to straszliwy – nałóg racjonalnego podejścia do egzystencji.

Jest noc. Siedzę na Jeżozwierzowym Drzewie. Jeśli komuś to przeszkadza, to trudno. Lubię to drzewo, naprawdę je lubię. Zwłaszcza, jeśli chodzi o patrzenie na nocne niebo z perspektywy jego korony. Wtedy wydaje się naprawdę piękne…

Wtedy myślę o Tobie, panno K. Obok mnie jest miejsce. Usiądź przy mnie. Noc jest cicha, letnia, bezwietrzna…

Nie bój się, że spadniesz – miejsce jest bezpieczne. Nie wieje, żadne ptaki nie wiją gniazd pomiędzy gałęziami Jeżozwierzowego Drzewa. Słychać tylko delikatną muzykę pieszczącą zmysły.

Lekkie, świeże, nocne powietrze pozwala odetchnąć głęboko. Uspokoić. I trwać, będąc zamkniętym w formie idealnego zespolenia. Pomiędzy ramionami drugiej osoby.

Wyobrażenie o idealnym miejscu. Dostępnym tylko pomiędzy własnymi, nieokiełznanymi fantazjami.

Druga Trzydzieści Pięć. Liczba sekund nieznana. Siedzę w pokoju, ze słuchawkami na uszach. Spokojne, pojedyncze dźwięki utworu numer dziesięć z ukochanej płyty Porków.

Idealna sceneria do samotnych rozważań, kiedy jest po prostu… normalnie. No, prawie. Ale i tak lepiej, niż zwykło bywać.